Rozdział 10: Dalsza podróż

Autor: Mefisto

Musiałem przeprowadzić niewielki eksperyment.

Szybko ubrałem się w pierwszy lepszy struj, i zmieniłem się w smoka. Gdy chwile później znów przybrałem postać człowieka, ubranie było nadal całe. Ba, nawet się nie wgniotło!

Ujechałem się lekko.

Było to bardzo wygodne. Gdybym nagle miał zmienić postać, nie musiał bym szukać nowej pary ubrań.

Teraz zmieniłem swój rozmiar, stając się znacznie grubszy. Ubranie natychmiast zaczeło pękać.

Cholera.

Nie mogłem zmieniać rozmiarów ciała. Swoją drogą ciekawe jak to właściwie działa?

Jeszcze raz zabrałem się za przeszukiwanie karety. Musiały przecież być tu jakaś broń. Nie mogłem przecież walczyć z potworami gołymi rękami.

W końcu po kilku minutach poszukiwań szczęście się do mnie uśmiechnęło. Zamazałem pochwę z niewielkim, jedno ręcznym ostrzem. Jeszcze raz musiałem stwierdzić, że jestem po postu dzieckiem szczęścia.

Myślałem tak do momentu, aż wyjąłem miecz z pochwy. Moja radość natychmiast odeszła w siną dal. Ostrze było naprawdę mocno wyszczerbione, i pokryte rdzą. Właściwie można było uznać za cud to, że jeszcze się nie rozpadło.

Nie mogłem nic na to poradzić. Jak widać nie można mieć wszystkiego. Miałem za to coś, co przynajmniej częściowo rekompensowało ten zawód. Podczas poszukiwań, wpadła mi w ręce niewielka sakiewka. Była wypełniona po brzegi złotem i srebrem. Musze jednak przyznać, że lepiej bym czuł się z dobrym mieczem.

Po krótkim zastanowieniu postanowiłem jednak zachować ostrze. Zawsze to lepiej niż paradować z gołymi rękami.

Zmieniłem podarte ubranie na jedno z całych, po czym ruszyłem w dalszą drogę. Skoro była tutaj kareta, logicznym wnioskiem jest to, że musi być tu jakaś droga.

Przeczucie nie zawiodło mnie, i już po kilku minutach marszu natrafiłem na trakt.

Raźnym krokiem przed siebie. Nie musiałem martwić się o kierunek, ponieważ i tak nie wiedziałem dokąd mnie zaprowadzi. Dopiero po kilku minutach marszu zrozumiałem jaki jestem głupi.

Spojrzałem szybko w górę. Ne było na de mną żadnych gałęzi. Wewnątrz lasu, drzewa były w dość sporej odległości od siebie, jednak miały tak wielką ilość gałęzi, że ledwo docierało tam słońce. Dodatkowo, mimo sporej odległości, drzewa nie pozwalały w pełni rozłożyć skrzydeł.

Tutaj jednak, na szerokim trakcie drzewa zostały wycięte, więc nic już nie stało na przeszkodzie.

Natychmiast zmieniłem się w smoka i wzbiłem w powietrze.

Ach, jak mi tego brakowało. To nie ziemskie wprost uczucie wolności! Kiedy tylko udało mi się wznieś ponad drzewa, doznałem szoku. Od początku wiedziałem że ten las jest ogromny, ale to przerosło moje wszelkie oczekiwania.

Gdzie kolwiek nie spojrzeć, drzewa sięgały aż po horyzont. Gdybym miał przebyć ten obszar na piechotę, zajęło by mi to kilka dni.

Po otrząśnięciu się z lekkiego szoku, zacząłem lecieć przed siebie. Nadal widziałem pod sobą trakt. Logicznym było, że musi prowadzić do jakiegoś miasta, więc wystarczyło się go trzymać.

Po kilku minutach pokazał się komunikat.

,,Umiejętność [ Lot ] awansuje! 1→2."

Nagle zacząłem poruszać się dużo szybciej. Latanie zaczeło wydawać się nagle dużo mniej męczące.

Byłem z tego powodu niezmiernie zadowolony. Zaraz skupiłem się jednak z powrotem na ziemi, by nie strącić z oczu traktu.

Wiedziałem że mam przed sobą jeszcze co najmniej parę godzin lotu.