Rozdział 11: Pierwsze spotkanie

Autor: Mefisto Korekta: MichałKtoś

Dopiero późnym popołudniem udało mi się dotrzeć do granicy lasu. Zapewne trwałoby to znacznie dużej, gdyby nie to, że [Lot] awansował na 3 poziom. Właściwie to nie wiele brakowało do 4.

Lądując na ziemi, czułem się krańcowo wykończony. Ledwo udało mi się wytrzymać tak długi lot. Powinienem dodawać więcej punktów w kondycję i siłę. Mimo to wytrzymałem naprawdę długo. Ostatnim razem byłem wykończony po kilku minutach, a teraz wytrzymałem kilka godzin. Takie nagłe skoki mocy są przerażające. Choć nie powiem, by mnie nie cieszyły.

Po kilku minutach ból minął. Nadal czułem zmęczenie, ale nie było ono już tak odczuwalne.

Musiałem poszukać jakiegoś schronienia na noc. W innym wypadki czekała mnie noc pod gołym niebem.

Zmieniłem się w człowieka, po czym ruszyłem na poszukiwania. W sumie to nawet nie liczyłem, że coś znajdę. Rozciągały się przede mną tylko łąki i wzgórza. Gdzieniegdzie widniały nawet jakieś pola.

Może jest w pobliżu jakaś wioska? Jeśli tak to może jest tam jakaś gospoda, w której mógłbym przenocować? Pieniądze miałem, wiec wystarczyło tylko znaleźć wioskę.

Łatwiej jednak powiedzieć niż robić.

Ruszyłem dalej traktem, mając nadzieje, że dokądś mnie zaprowadzi. To naprawdę dziwne uczucie. Przyzwyczaiłem się tak do widoku drzew, że teraz teren wokół mnie wydawał się nie mieć końca.

Kiedy udało mi się przejść pomiędzy wzgórzami, znowu zacząłem wkraczać miedzy drzewa. Teraz był to jednak tylko niewielki lasek. Właściwie więcej było w nim wielkich krzaków niż samych drzew.

Nagle zaczęły do mnie docierać jakieś krzyki.

  • Zatrzymaj się! - Krzyknął obcy glos.

  • Nie dajcie jej uciec! - Krzyknął inny.

  • Co jest z wami, nie żarliście? Łapać ją!

Zatrzymałem się, nasłuchując. Po chwili glosy zaczęły się przybliżać.

Nagle z krzaków wyskoczyła drobna sylwetka. Widząc mnie, zatrzymała się zaskoczona. Mogłem ujrzeć w jej oczach strach. Czyżby się mnie bała?

Wyglądała na mniej więcej 16, może 17 lat. Jasnobrązowe włos sięgały jej lekko za głowę. Najbardziej jednak rzucającą się w oczy cecha były jej uszy. Wyglądały bardziej na uszy psa niż człowieka.

Zaraz za nią wybiegło 3 mężczyzn.

Na pierwszy rzut oka sprawiali bardzo odpychające wrażenie. Nie ogolone od wielu dni twarze, wystrzępione, pokryte plamami ubrania, i trzymane w ręku miecze nadawały im wygląd pospolitych bandytów.

  • No, nareszcie cię mamy. - Zaczął zbliżać się w jej kierunku, najwyraźniej mając zamiar ja złapać.

Przerażona dziewczyna zaczęła odsuwać się od niego, coraz bardziej zbliżając się w moją stronę. Nie trzeba było być geniuszem, by domyślić się, o co chodzi w tej sytuacji.

Wybieraj!

A. Pomóż dziewczynie!

B. Nie reaguj.

C. Pomóż ja złapać.

W tej sytuacji wybór był jak najbardziej oczywisty.

Wyminąłem dziewczynę, stając pomiędzy nią a bandytami. Spojrzeli na mnie, jakby dopiero teraz zdając sobie sprawę z mojej obecności.

  • Czego od niej chcecie? - Spytałem.

Ten, który próbował złapać dziewczynę, spojrzał na mnie jak na idiotę.

  • A co cię to obchodzi? Zjeżdżaj, zanim pożegnasz się z życiem!

  • Zapytam jeszcze raz, czego od niej chcecie? - Ponowiłem pytanie.

Na jego czole zaczęła pulsować żyłka.

  • Powiedziałem, żebyś z tond zjeżdżał! Myślisz, że kim ty jesteś, co?

  • Kimś, kto nie pozwala skrzywdzić niewinnej dziewczyny. - Powiedziałem, wyjmując miecz.

Miałem słaba nadzieje, że to ich odstraszy. Jednak tylko go tym rozwścieczyłem.

  • Sam się prosisz o śmierć! - Krzyknął - Chłopaki, na niego. Potem ją złapiemy.

Wszyscy trzej rzucili się w moją stronę.

Z łatwością udało mi się uniknąć ciosu jego miecza. Sam ciąłem w jego stronę, Ostrze było jednak tak stępione, że bardziej można by to porównać do ciosu pałką. Zachwiał się od ciosu, zamroczony. Wykorzystując sytuacje, uderzyłem jeszcze raz, celując w jego głowę. Tym razem uderzyłem dodatkowo tępą stroną miecza, starając się go nie zabić.

Z głośnym jękiem padł nieprzytomny.

W tymczasem pozostała dwójka zdążyła się do mnie zbliżyć, atakując jednocześnie. Udało mi się uniknąć jednego ciosu, jednakże drugi lekko musnął moje ramie.

Odskoczyłem na bezpieczną odległość. Nie mogłem wykorzystać tej samej sztuczki jak za pierwszym razem. Właściwie można było uznać to za przypadek. Walcząc jednak na poważnie z dwoma na raz, nie mogłem jednak liczyć na łut szczęścia.

Wziąłem głęboki wdech, zaciskając palce na rękojeści miecza. Nie miałem okazji tego wypróbować, ale była to jedyna możliwość.

Ruszyłem biegiem na tego po lewej i wymierzyłem ciecie z góry. W momencie zderzenia ostrzy, bandyta został odepchnięty z potężną siłą. Jego ostrze pękło na puł, a na jego ciele pojawiły się 2 olbrzymie rany.

Było to [Podwójne uderzenie], jedna z technik Waterlow. Zamieniała jedno uderzenie w dwa. Poznałem je natychmiast po nauczeniu się Technik rodu Waterlow. Także dzięki temu nauczyłem się walczyć mieczem na przyzwoitym poziomie. Musiałem użyć tej techniki, by mieć pewność że już nie wstanie.

Niestety, przerdzewiałe ostrze nie wytrzymało.

Trzask!

Miecz złamał się zaraz za rękojeścią.

Nie mając wyboru, podbiegłem do ostatniego z nich, po czym uderzyłem go w żołądek. Natychmiast zgiął się w pół, a z jego ust poleciało trochę krwi. Chwilę później padł nieprzytomny obok swoich towarzyszy.

Cala walka nietrwała dłużej niż 30 sekund.

Spojrzałem na dziewczynę.

Patrzyła na to wszystko szeroko otwartymi oczami. Nadal widziałem w jej oczach ślady strachu.

Posłałem jej przyjacielski uśmiech, starając się ja uspokoić.

  • Nic ci nie jest?

[~W projekcie pomaga grupa [ NIEZNANI ] wspomóżcie ich wbijając na ich fp~]