Rozdział 16: Spadające z nieba jedzenie z pewnością byłoby smaczne

Tłumaczenie: PitaBread

Książęca Armia Wyzwolenia, teraz dużo silniejsza niż wcześniej, zaczęła stopniowo wprowadzać w życie strategię przejęcia całkowitej kontroli nad Beltą. Uwzględniając byłych żołnierzy Królestwa, którzy wstąpili w ich szeregi, ich armia liczyła sobie 80 000 ludzi, z czego 20 000 z nich stacjonowało w Antigule oraz Fortecy Salvardorskiej. Mieli wielkie poparcie ze strony ludu, a jako że było już po żniwach, nie brakowało im żywności. Księżniczka Altura oficjalnie została Głównodowodzącą tej operacji i osobiście poprowadziła oddziały, by otoczyć Zamek Belta. Każdego dnia widziano ją w towarzystwie żołnierzy. Chciała w ten sposób udowodnić wszystkim prawdziwość swoich ideałów.

Na początku wysunęła propozycję do Davida, dowódcy strony broniącej się, by ten ogłosił kapitulację. „Natychmiast opuście zamek, a garnizonowi i cywilom nie stanie się żadna krzywda”, oświadczyła. Był jednak jeden warunek – David, jako domniemany główny sprawca Zbrodni Tenangerskiej, musiał stanąć przed sądem.

David odmówił. Jego odpowiedzią było posłanie gradu strzał w stronę otaczającej zamek armii. Widząc, że nie ma tu miejsca na żadne negocjacje, Altura wyjechała przed armię na swoim koniu, następnie obnażyła swój miecz i celując nim w Zamek Belta, krzyknęła ile sił w płucach:

     – Zamek Belta upadnie, a młot sprawiedliwości dosięgnie złoczyńców, Davidzie! Bowiem my jesteśmy sprawiedliwością! Bracia, żołnierze walczący o wyzwolenie! W imię naszych marzeń, proszę użyczcie mi swej siły!!

Żołnierze Armii Wyzwolenia wznieśli broń i zakrzyknęli:

     – Zwycięstwo dla Książęcej Armii Wyzwolenia!!

     – David pod sąd!

     – Niech żyje księżniczka Altura! Niech żyje Książęca Armia Wyzwolenia!

Ich połączone głosy sprawiły, że ziemia zadrżała, a we wnętrzu Zamku Belta zaczął krążyć strach.

     – Naprzód! Zwycięstwo dla Książęcej Armii Wyzwolenia!!

     – Wszystkie odziały, naprzóóóóód!!

     – Przygotować katapultyyyy!

Na sygnał Altury wszyscy dowódcy oddziałów równocześnie wydali rozkaz do rozpoczęcia oblężenia. Zasłaniając się tarczami, żołnierze piechoty ponieśli w stronę fosy worki z piaskiem, które następnie wrzucali do wody. Most zwodzony był podniesiony, dlatego w pierwszej kolejności musieli stworzyć przejście do murów. Potem do akcji wkroczą wieże oblężnicze i tarany. Fosa wokół Belty była szeroka i głęboka, dlatego by pozwolić machinom oblężniczym na zbliżenie się, musieli w wystarczającym stopniu ją wypełnić.

Jednakże, łucznicy na murach nie przyglądali się temu bezczynnie, bez wytchnienia zasypywali strzałami tłoczących się na dole ludzi.

     – Strzelać! To koniec, jeśli wypełnią fosę! Powstrzymać ich za wszelką cenę!

     – A-ale jest ich zbyt wiele!

     – Strzelać na oślep! Po prostu strzelać! Zabić ich!

     – Niech to szlag!

Dowodzący oddziałem łuczników oficer gorączkowo poganiał swoich podkomendnych. Strzelali i strzelali, ale przeciwników zdawało się w ogóle nie ubywać. Co więcej, żołnierze Armii Wyzwolenia nie dawali tak łatwo zrobić z siebie żywych celów. Odpowiadali ostrzałem na ostrzał.

W końcu w zasięgu wzroku pojawiło się prawdziwe zagrożenie: przyciągnięto katapulty. Ich pierwotnymi właścicielami była Armia Królestwa, ale po bitwie przy brzegu rzeki wpadły w ręce Armii Wyzwolenia. Te potężne bronie oblężnicze zostaną teraz wykorzystane przez tych, którym miały przynieść zgubę. Widząc jak koło katapult w budzącym grozie tempie pojawia się coraz więcej wielkich głazów, które miały służyć za pociski, dowódca łuczników przeklął w myślach swój własny los.

     – Ładować katapulty! Cel: zachodni wał!!

     – Katapulty gotowe do wystrzału! Cel: zachodni wał!!

     – Ognia!!

Ogromne, ciężkie kamienie uderzyły w mur, miażdżąc zarówno zbudowaną z kamienia ścianę, jak i znajdujących się w pobliżu łuczników.

     – Trafiony! Ładować następne! Z życiem!!

Katapulty ustawiono na wprost każdej ze ścian zamku. Zapas kamieni był uzupełniany przez grupę 500 mężczyzn. Pociski trafiały w mury i sporadycznie lądowały za nimi, w zamku. Celność i szybkość strzału tego typu broni pozostawiały wiele do życzenia, ale nie one były tu najważniejsze. Główną zaletą katapult był ich zasięg, który umożliwiał jednostronny atak.

Bezpośrednie trafienie ogromnym kamieniem równało się ze śmiercią na miejscu, a jako że nie dało się przewidzieć, gdzie trafi kolejny pocisk, ostrzeliwana strona była pod ciągłą presją psychiczną i miała problem z zachowaniem właściwej organizacji.

Nie rzucano jedynie kamieniami. Olej, odpadki, zwłoki, miny magiczne – wszystko to też się nadawało. Strzałem w dziesiątkę byłoby trafienie w studnie, źródło wody pitnej. Zwłoki i odpadki mogły z kolei stać się źródłem zarazy, przeciwko której oblężona strona nie miała jak się bronić. W przypadku, gdyby wróg otworzył bramy i wysłał oddział, by zniszczyć katapulty, Armia Wyzwolenia była bardziej niż gotowa wyjść im naprzeciw.


×××

Finn bez słowa przyglądał się katapultom w akcji. Jego jednostka składała się z samej kawalerii, dlatego podczas bitwy oblężniczej praktycznie nie miał jak się popisać. Mógł zająć się jedynie ściganiem uciekających żołnierzy wroga oraz obroną katapult.

     – A więc ostatecznie doszło do walki – powiedziała adiutantka Finna, Milla – Lepiej by na tym wyszli, gdyby grzecznie otworzyli przed nami bramy. Opór jest tu bezcelowy. Czy przypadkiem w takich momentach obowiązkiem dowódcy nie jest ratowanie pozostałych przy życiu żołnierzy?

     – Generał David kieruje się czymś, co on sam nazywa honorem. Ja na jego miejscu w ogóle bym nie zwlekał z kapitulacją. Dziękuję bardzo za taki deszcz kamieni, nie uśmiecha mi się perspektywa bycia zmiażdżonym na śmierć – mruknął Finn, śledząc wzrokiem zataczający w powietrzu łuk kamienny pocisk.

W nagrodę za swoje dotychczasowe dokonania, Finn został awansowany na pułkownika. Biorąc pod uwagę, że zaczął swoją karierę jako zwykły szeregowy, był najznakomitszym członkiem Armii Wyzwolenia.

Póki co był to jedynie tytuł honorowy, ale można go było traktować jako obietnicę przyszłych promocji. Wszyscy trwali w zgodniej opinii, że z chwilą, gdy Altura obejmie tron, Finn stanie się żywą podwaliną odrodzonego Królestwa. Był młody, rozważny i posiadał wiele osiągnięć. W kwestii popularności wśród żołnierzy ustępował miejsca jedynie Alturze. Jego sposób zachowania się nie budził żadnych zastrzeżeń, nikt nie wahał się nazywać go doskonałym wojownikiem i Bohaterem.

     – Panie pułkowniku, myśli pan, że wyślą oddział, by nas zaatakować?

     – Myślę, że tak. Zwłaszcza kiedy stracą fosę. Kiedy jednak do tego dojdzie, z zaskoczenia odetniemy im drogę ucieczki i urządzimy piekło na ziemi. …Osobiście radziłbym im się poddać.

     – Belta to solidna twierdza, po naszej stronie też zapewne nie będzie brakować ofiar. Sądzę, że taktyka głodowa nie byłaby w tym przypadku najgorszym rozwiązaniem.

Zajęłoby to nieco czasu, ale jeśli odcięliby im dostawę żywności, Belta upadłaby bez walki. Biorąc jednak pod uwagę ilość zgromadzonych przez nich zapasów, prawdopodobnie dopiero po pół roku zaczęliby głodować i w końcu zaakceptowaliby porażkę.

     – Cóż, zdaniem naszego Taktyka, pana Deinera, nie obejdzie się bez walki. Tak tylko zgaduję, ale chyba nie przepada za konserwatywnymi metodami typu głodzenie przeciwnika. Ma raczej zamiar pokazać im, że jesteśmy wystarczająco silni, by w krótkim czasie zmusić ich do kapitulacji… Oczywiście nie mówię, że na pewno tak jest. Ciężko zrozumieć, co się naprawdę dzieje w głowie tego człowieka.

Strategie Armii Wyzwolenia wychodziły głównie spod ręki Deinera. Altura jedynie zatwierdzała je i wydawała rozkaz, by wdrożyć je w życie. O Deinerze krążyły dość niemiłe plotki. Finn nie ufał mu, ale nie sądził, by dopuścił się zdrady. Ewidentne było jednak to, że Deiner nie miał żadnych zahamowań przed poświęcaniem żołnierzy w imię wyższej sprawy.

Diametralnie różnił się od Finna, który szczerze chciał podążać za ideałami Altury. Różnił się również od byłego generała Królestwa, Behrouza, który przyłączył się do rebelii, ponieważ nie mógł znieść obecnego systemu rządów swojego kraju.

     – …Te plotki są prawdziwe? Na przykład tamto Powstanie…

Między oficerami wyższego stopnia krążyła pochodząca z wiarygodnego źródła plotka – o tym, że Powstanie Tenangerskie zostało ustawione.

Nie było na to żadnego dowodu, ale wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że jeśli naprawdę stał za tym Deiner, wcale nie byłoby to zaskakujące. Reakcja Armii Wyzwolenia na Powstanie Tenengerskie i Zagładę Tenangerską była zbyt szybka. To, że w ledwie pół miesiąca ich strefa wpływów urosła w tak wielkim stopniu, też było zasługą Deinera. W plotce tej dało się wyczuć pewną dozę zawiści, ale przecież nie ma dymu bez ognia.

Finn przerwał Milli w połowie zdania, posyłając jej znaczące spojrzenie. Miałaby kłopoty, gdyby ktoś ją usłyszał.

Podwładni Deinera, jego szpiedzy, byli rozproszeni po całej armii. Miało to na celu ochronę przed zdrajcami. Różnili się między sobą przynależnością, miejscem urodzenia i nawet statusem społecznym. Byli wśród nich nawet tacy, którzy wcześniej walczyli dla Królestwa. Finn potrafił zrozumieć, że Deiner był czujny… i że zachowywał tę czujność nawet względem jego samego. Deiner nie ufał nikomu z wyjątkiem Altury. Co skłoniło go do przyjęcia takiej postawy? Finn nie miał pojęcia.

     – …Milla, plotki do samego końca pozostaną plotkami. Jeśli ktoś chciałby mu coś udowodnić, musiałby mieć na podorędziu niezliczoną liczbę niezbitych dowodów. Powinnaś uważać na język, zwłaszcza będąc w środku bitwy. Po prostu skupmy się na realizacji naszych celów.

     – T-Tak jest, przepraszam. To było tylko przejęzyczenie.

Widząc sztuczny uśmiech na twarzy Finna, Milla ledwo co wydukała z siebie odpowiedź. Jego oczy się nie śmiały, była w nich tylko ambicja. Finn miał dwie strony osobowości, jedna należała do szlachetnego wojskowego, a druga do ambitnego mężczyzny, żądnego dalszych awansów.

Milla, jego adiutantka, wiedziała jaki naprawdę był, ale mimo to, presja spojrzenia, które posłał w jej stronę, trochę ją przygniotła.

     – …To tylko moje zdanie, ale uważam, że nie musimy nic robić w tej sprawie. Na tych, którzy sprzedali swoją duszę diabłu, czeka tylko jeden los. Nie zdoła uciec przed karmą. Śmierć pochłonie jego duszę, a resztę swej wieczności będzie się męczył w płomieniach czyśćca – mruknął cicho Finn, przypominając sobie twarz Shinigami, tej dziewczyny, którą wcześniej przegonił.

Na Moście Sulawesi jej oddział kawalerii przeszedł sam siebie w sianiu szaleństwa. Z jej ręki zginął również stary pułkownik, który był jego znajomym. Najprawdopodobniej wciąż żyła. To nie dałoby się tak łatwo zabić. Teraz pewnie ostrzyła swoją kosę gdzieś w Zamku Belta, tylko czekając na okazję, by na nich zapolować.

Finn modlił się, by zdechła jak najszybciej, najlepiej zanim jej kosa zdążyłaby dosięgnąć jego własnej szyi.


×××

Zamek Belta, południowa część murów.

Będąc pod ciągłym ostrzałem z katapult i łuków, Schera dowodziła oddziałem łuczników. Z oczywistych względów kawaleria nie miała co robić zamku, dlatego jej żołnierze zostawili konie i chwycili za łuki.

Katarina nieskromnie popisywała się przed wszystkimi swoją biegłością w łucznictwie, którą nabyła dzięki wieloletniemu treningowi. Vander również doszedł w końcu do siebie i koordynował działania żołnierzy.

Jeśli zaś chodzi o Scherę, ponieważ nigdy nie miała do czynienia z łukiem, z wyprzedzeniem kupiła w mieście zapas małych sierpów. Miała ich w sumie sto. Nie byłoby przesadą powiedzieć, że ogołociła z nich cały rynek. Pieniądze na nie pożyczyła od Katariny, bo swoje wydała już wcześniej.

     – …Pani major, co na Boga pani planuje zrobić z tymi sierpami? – spytał Vander, robiąc dziwną minę.

     – Chcesz wiedzieć? To patrz! – odparła Schera, nie kryjąc się ze swoją żądzą mordu.

Cisnęła sierpem przed siebie z tak wielką siłą, że aż zarzuciło nią do przodu. Ostrze wbiło się centralnie między brwi wrogiego żołnierza, który wygłupiał się przy katapulcie, ewidentnie będąc w dobrym humorze.

Widząc jak ich kolega padł na ziemię, pobliscy żołnierze wpadli w panikę. Schera bez wytchnienia zaczęła rzucać kolejnymi sierpami. Vander mimowolnie wstrzymał oddech na ten widok. Każdy pocisk bezbłędnie trafiał w jakiś punkt witalny.

     – …Ta sama co zwykle potworna siła. Skąd pani w ogóle ją ma?

     – Problem w tym, że nie zostało mi wiele tych sierpów. Jak się skończą, to chyba przerzucę się na kamienie.

Na próbę rzuciła kamieniem w osłaniającego się tarczą żołnierza, który stał niedaleko fosy. Niemal w tym samym momencie wystrzelona z dołu strzała drasnęła ją w bok, ale dziewczyna nie zwróciła na to żadnej uwagi. Kamień zaliczył bezpośrednie trafienie w hełm celu, który z miejsca padł nieprzytomny na ziemię. Schera żałowała trochę, że nie miała jak sprawdzić, czy umarł.

     – Ile nasz zamek jeszcze wytrzyma? Tak na oko wypełnienie fosy zajmie im ze trzy dni. Jak pani myśli, co się z nami stanie? – wymamrotał Vander, przetaczając wzrokiem po otaczających Zamek Belta oddziałach Armii Wyzwolenia.

Póki fosa nie zostanie zasypana piaskiem, będą pewnie ciągle próbować ich opóźnić, tak jak robili to teraz. Kiedy jednak stracą fosę, sprawy przybiorą niebezpieczny obrót. Do akcji wkroczą wieże oblężnicze, które służyły do przenoszenia żołnierzy na mury. Z kolei kiedy puści brama, dojdzie do walki w zamku, co równało się z jego upadkiem. Żołnierze wroga wlewaliby się do środka niekończącym się strumieniem.

Widząc jak Vander wzdycha, Schera łypnęła na niego groźnie.

     – Nie myśl o niepotrzebnych rzeczach. Skup się na tym, by zabić jak najwięcej rebelianckich gnid. Z tego co widzę, podporuczniku Vander, od jakiegoś czasu twoje ręce wydają się trwać w bezruchu? Nadal źle się czujesz? Albo może jakaś ważna sprawa zaprząta ci głowę? No dalej, wykrztuś to z siebie.

Schera patrzyła Vanderowi prosto w oczy, zupełnie jakby w mogła dostrzec jego najgłębiej skrywane myśli. Po kręgosłupie mężczyzny przeszedł lodowaty dreszcz, przerażała go jej śmiercionośna intuicja. Musiał natychmiast zaprzeczyć, w innym razie skończy jako trup.

     – Ależ nie, proszę o wybaczenie! Absolutnie nic mi nie dolega!

     – No to ruchy, ruchy, wracaj do zabijania! Tam na dole jest normalnie wrogów jak mrówków! Zacznij od tych z najbrzydszą mordą! Do piachu z nimi!

Schera krzyczała, rzucając jednocześnie kamieniami. Spora część jej celów kończyła ze zmiażdżoną twarzą. Zdarzało się również, że jej pociski odrywały kawałki ciała, albo uzbrojenia. Widząc z jaką gorliwością ich dowódczyni przykłada się do tej pracy, kawalerzyści z łukami wydawali się mocno poruszeni.

     – Nie zostawać w tyle za panią major! Nałożyć szyp!!

Jeden z kawalerzystów, który miał doświadczenie w strzelaniu z łuku, zastąpił Scherę przy dowodzeniu. Rzucanie kamieniami do reszty ją pochłonęło.

     – Ou!

     – …Salwa, ognia!!

Wszystkie strzały wystrzeliły w powietrze w tym samym momencie. Opadły na żołnierzy Armii Wyzwolenia jak deszcz. Rozległy się pełne bólu krzyki, a na ziemię spłynęła krew.

Vander wypuścił swoją strzałę o jedno uderzenie serca wolniej niż pozostali.

Katerina obserwowała go z pewnej odległości. Miała podejrzenia, że on prawdopodobnie… Nic jednak nie powiedziała. Vander wciąż niczego nie zrobił. Konieczne jednak było zachowanie ostrożności.

Kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, powietrze wypełnił dźwięk rogów. Armia Wyzwolenia razem z katapultami wycofała się poza zasięg broni dystansowej. Wyglądało na to, że na dzisiaj był to koniec oblężenia.

Jednakże, broniąca się strona musiała bezustannie zachowywać czujność. Mogło się zdarzyć, że gdy obudzą się następnego dnia rano, zastaną fosę po brzegi wypełnioną piaskiem. Istniało również ryzyko, że wróg zarzuci na mury drabiny linowe. Za nic nie mogli spuścić wroga z oczu. Zwycięstwo w bitwie oblężniczej było kwestią wytrzymałości oraz siły woli. Obrońcy mogli pozwolić sobie jedynie na spanie z jednym okiem otwartym.

Płomienie pochodni oświetlających obóz Armii Wyzwolenia ciągnęły się przez całą linię okręgu, którego środkiem był Zamek Belta. W ten sposób rebelianci bronili się również przed nocnymi atakami oraz demonstrowali swoją siłę.

Te światła wyglądały jak zapalone wokół trumny znicze. A trumna ta powoli, powoli wypełniała się po brzegi.

„Zupełnie jakby urządzali im pogrzeb”, pomyślała Schera. To był już jej trzeci dom. Pierwszym była jej biedna wioska, drugim Antigua, a trzecim, obecnym – Belta. Czy te rebelianckie ścierwa znowu wygonią ją z jej czterech kątów?

Albo może skończy się na tym, że tu umrze? Jeszcze nie mogła umrzeć. Oj nie, jeszcze nie.

Schera zdjęła hełm, oparła się o ścianę i wzięła głęboki wdech. Następnie zgarnęła z czoła mokre od potu włosy, zdjęła rękawice i odprężyła się.

…Była głodna.

Miło by było, gdyby z nieba nie spadały kamienia, a jedzenie. Na pewno by to wszystkich uszczęśliwiło.


×××

Zamek Belta, gabinet Davida.

David zwołał naradę wojenną. Stracił rachubę która to już była. Siedział na swoim krześle kompletnie wyczerpany. Obok niego stał jego ochroniarz - były oficer wojskowy, który teraz należał do sztabu oficerskiego. Pilnował, by osłabiony David nie osunął się przypadkiem z krzesła.

     – …Co z posiłkami? Jeszcze ich nie ma? Pogońcie ich trochę. Belta upadnie, jeśli się nie pośpieszą – wycharczał David.

     – Wasza Ekscelencjo, nie jesteśmy w stanie wysłać z zamku żadnych wiadomości. Nawet mysz się nie prześlizgnie – odparł prosto z mostu dowódca sztabu.

Żaden z wysłanych posłańców nie wrócił. Nie było mowy, by mogli wrócić.

     – Dlaczego nie wysyłają nam posiłków! Jeśli Belta upadnie, stolica znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie! Dam sobie rękę uciąć, że to sprawka tego łajdaka Farzama! Cholerny nowobogacki, co tylko w dupę innym całować potrafi!! – krzyknął gniewnie David, zanosząc się na końcu ostatniego zdania ostrym kaszlem.

     – Wasza Ekscelencjo, nadmierna ekscytacja jest niewskazana, biorąc pod uwagę Wasz obecny stan zdrowia.

     – W rzeczy samej, bez Waszej Ekscelencji ten zamek nie przetrwa nawet jednego dnia. Proszę o siebie dbać.

     – W tej sytuacji musimy za wszelką cenę znaleźć sposób na skontaktowanie się ze stolicą. Wystarczy że namierzymy lukę w ich formacji, a reszta przyjdzie sama.

     – Mhm, armia wroga to zgraja łachudrów, a morale garnizonu są wysokie jak nigdy. Jeśli zaatakujemy ich z dwóch stron, z pewnością wygramy.

Oficerowie sztabu mówili jedno, lecz myśleli co innego. Belta została porzucona na pastwę losu – wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. Nikt nie przybędzie im na pomoc. Pod osłoną zatroskanych o zdrowie Davida masek, obecni na sali oficerowie snuli swoje własne plany na przyszłość. Otaczała ich wielka, 60 000 armia, z nieba spadał na nich deszcz kamieni, a fosa lada dzień zostanie zasypana.

Zamek był skazany na upadek. Jeśli tu zostaną, staną przed sądem razem z Davidem jako współsprawcy Zbrodni Tenangerskiej.

—–Wciąż mieli czas. Jeśli zbiegną z zamku w odpowiedniej chwili, przemalowanie się na właściwe barwy nie będzie stanowić dla nich problemu.

Z gwarancją zachowania statusu i rangi nie mieliby nic przeciwko przejściu na stronę Armii Wyzwolenia. Zapewnić im ją mogły takie czyny jak: otworzenie bram zamku, spalenie zapasów żywności i w końcu ścięcie Davidowi głowy.

Wdrożenie któregoś z tych planów w życie wymagałoby jednak wykorzystania oddziałów, które były im bezpośrednio podległe. Wpierw musieli nawiązać współpracę z dowódcami. To był wyścig z czasem. Zwycięzcą będzie ten, komu uda się zdradzić w pierwszej kolejności.

Z wyjątkiem dowódcy sztabu i ochroniarza-oficera, nikt z obecnych nie miał zamiaru iść na śmierć razem z Davidem.

     – …Na tym skończymy dzisiejszą naradę. Panowie, możecie się rozejść. Dobra robota.

     – Tak jest.

Tak samo jak ci oficerowie, David również był szlachcicem i również brał udział w walkach frakcji. Nie zdobył swojej pozycji leżąc na kozetce. Domyślenie się co działo się w ich głowach było dla niego wręcz banalnie proste. Ani jednemu z nich nie zamierzał pozwolić na ucieczkę. Zabierze ich ze sobą do piekła.

Kiedy wszyscy dwulicowi oficerowie sztabu wyszli, David zwrócił się do ochroniarza-oficera:

     – …Konradzie, od dzisiaj wracasz do bycia oficerem wojskowym. Później przekażę ci wszystkie instrukcje. Póki co, zbierz strażników i wyślij ich na patrol przy każdej bramie i magazynie żywności. Żadnej litości dla podejrzanych osobników. Zabić każdego, nie ważne kto by to nie był.

     – Tak jest, sir.

Major Konrad zasalutował. Był żołnierzem z krwi i kości, myślenie o skomplikowanych rzeczach nie było jego mocną stroną. Po prostu wykonywał rozkazy swoich zwierzchników. Nie był typem osoby, która by ocalić własną skórę, korzyłaby się przed innymi.

     – …Panie dowódco sztabu, sam pan widzi jak się sprawy mają. Obawiam się, że przybędzie panu obowiązków.

     – Rozumiem sytuację. Pozostanę u boku Waszej Ekscelencji do samego końca.

Dowódca sztabu postawił wszystko na Davida. Jeśli miał teraz upaść, był gotowy zaakceptować taki koniec. Tyle już z nim przeszedł, że nie mógł sobie wyobrazić, by miał teraz zmienić stronę.

     – …Wybaczcie, ale muszę odrobinę odpocząć. Hmpf, kto by pomyślał, że tak nisko upadnę. Każda wieża, choćby i ta najwyższa, upada w przeciągu ledwie jednej chwili. Już nawet nie wypada mi robić żartów z Sidamo.

Z pomocą Konrada David wrócił do swojego pokoju. Jego chwała przeminęła. Pozostała mu tylko niesława, która przez pokolenia pozostanie w ludzkiej pamięci. Zbrodniczy szlachcic, który dokonał masakry na cywilach. Jaki koniec go czeka?

Zaśmiał się mimowolnie. Jeśli już ma upaść na samo dno, dołoży wszelkich starań, by ci wszyscy zdrajcy podzielili jego los. Usłyszał gdzieś powiedzenie, że bliscy śmierci ludzie zaciągają ze sobą do grobu wszystkich napotkanych żywych. Czy nie powinien zatem postąpić podobnie? Na szczęście dla niego, miał pod swoim dowództwem osobę idealnie nadającej się do wykonania tej roboty.

     – …Shinigami, huh?

     – Wasza Ekscelencjo?

     – …Nie, nic.

Czuł na swojej szyi dotyk kosy Śmierci. Czuł jak ten potwór niecierpliwie, lecz niestrudzenie czeka na odpowiedni moment, by zabrać jego duszę.

Potwór ten miał postać Schery Zade.