Rozdział 30: Przyjemne życie w fortecy

Tłumaczenie: PawSzu Korekta: PitaBread

„Armia Królestwa została pokonana na Równinach Bertusburgskich”, „Kanaan upadło, a Armia Wyzwolenia rozpoczęła marsz na stolicę Królestwa” – Takie wieści były rozpowszechniane wszędzie przez Armię Wyzwolenia. Dotarły nawet do leżącego w północnym rejonie Królestwa Madros.

Dowódca Piątej Armii, Kerry Madros, zwołał pilne zebranie oficerów i podoficerów, aby przedyskutować ich dalsze poczynania.

Wszyscy mieli na twarzach ponure miny, nie potrafili ukryć swojego niepokoju. Kerry siedział na swoim fotelu z zamkniętymi oczami i skrzyżowanymi rękami.

     – …Wasza Ekscelencjo. Teraz, kiedy utraciliśmy Kanaan, a Pierwsza Armia, która była główną siłą Królestwa, została zniszczona, los Królestwa jest niepewny. Musicie zadecydować co mamy zrobić – powiedział jeden z podoficerów, który już zaakceptował los, jaki im przypadł.

Zaakceptował to, co rozumieli już wszyscy – muszą porzucić Królestwo i przyłączyć się do rebeliantów. Była to jedyna ścieżka, która gwarantowała przetrwanie Madros.

     – Więc ostatecznie tak to się skończyło…

     – Staruszku! To nieprawda, nie? Yalder i jego oddział ryzykowali życiem, by uratować Madros! Czyż to nie nasza kolej, abyśmy to my ich uratowali!?

Drugi syn Kerry’ego, kapitan Darus Madros, uderzył w stół i wstał. W normalnych okolicznościach jego stopień wojskowy nie pozwalałby mu na uczestniczenie w naradach wojennych, ale tym razem był tutaj jako syn Kerry’ego. Pewnego dnia będzie musiał pomóc starszemu bratu bronić Madros. Musiał więc gromadzić doświadczenie.

Najstarszy brat, Denim Madros, dowodził żołnierzami na linii fortów. W razie gdyby zginął, Darus był zobowiązany go zastąpić. Takie było przeznaczenie tych, którzy urodzili się w rodzinie Madros.

     – Panie Darusie. Rzeczywiście ma pan rację. Dla wojownika byłoby to właściwe rozwiązanie, ale dla polityka już nie - upomniał go oficer odpowiedzialny za jego edukację.

     – Co za porażka! Mówisz, że mamy porzucić naszą dumę i grzecznie dołączyć do rebeliantów!? Jaką niby sprawiedliwość oni niosą!? Bezcelowo pogrążyli cały kraj w wojnie! Kto tu niby pastwi się nad ludnością!?

     – Więc powiedz mi, Darusie, masz jakiś konkretny plan? Jeśli tak, podziel się nim z nami. Nie musisz się powstrzymywać. Powiedz nam jak zamierzasz ocalić Królestwo, chroniąc przy tym Madros. Lepiej się pośpiesz. Nie pozostało nam zbyt wiele czasu – powiedział spokojnie Kerry.

Darus zawahał się. Tak idealny plan nie mógł istnieć.

     – …Wyślijmy żołnierzy, żeby kupić trochę czasu. Nawet niewiele będzie w porządku. Wesprzyjmy Pierwszą Armię zaopatrzeniem do czasu, aż się przegrupuje i będzie w stanie walczyć! Nie ma potrzeby, by Piąta Armia pokazywała się bezpośrednio. Pokażmy im jednak, że ich nie porzuciliśmy!

     – Nasza Piąta Armia jest zajęta trzymaniem Cesarstwa w ryzach. W chwili obecnej nie bylibyśmy w stanie poradzić sobie z niebezpieczeństwem czającym się za naszymi plecami. Żeby uratować Królestwo, należy poświęcić Madros, a taki akt jest dla mnie niemożliwy. Moim zadaniem jest chronić Madros i jego mieszkańców. Nie ma tu miejsca na żadną dyskusję…

     – Porzuciłbyś dla tego celu swój honor i dumę!?

     – Owszem. Czy to honor czy duma, myślisz, że przeżyjesz, kierując się jedynie tego typu gównianymi wartościami? Wystarczy, że na chwilę spuścisz gardę, a zaraz znajdzie się jakaś bestia, która okradnie cię dla własnych korzyści. Będę bronił Madros choćbym miał pić błoto, jeść robaki i siedzieć po uszy w gównie. Widziałem się wcześniej z taktykiem Armii Wyzwolenia. Uwzględnili nas w swoich planach. Prawdopodobnie nie potraktują nas źle.

     – …Niech to szlag.

Darus kopnął swoje krzesło i skierował się do wyjścia. On także uważał się za prawowitego członka rodu Madros, ale czy posuwanie się aż tak daleko na pewno było w porządku? Czy Yalder nie uratował ich przed inwazją Cesarstwa? I czy Schera nie odważyła się podjąć ryzyka, wkroczyć w samo serce armii wroga i wybawić Madros?

Jak mogli teraz odwrócić się plecami do swoich dobroczyńców? Młody Darus nie mógł tego zaakceptować.

     – Cóż, czy się zgadzasz czy tez nie, moja decyzja się nie zmieni. Jeśli ci się to nie podoba, sam się tam udaj. Nie będę cię powstrzymywał. Piąta Armia podda się Armii Wyzwolenia, jednakże pod warunkiem, że nie będziemy uczestniczyć w ataku na stolicę.

     – Hmpf, a więc ruszam, ty cholerny, stary pryku!! Różnię się w końcu od ciebie i mojego starszego brata! Jestem po prostu głupcem!

     – Rób jak uważasz. Ale nie tytułuj się nazwiskiem Madros. Nie tylko mnie, lecz wszystkim ludziom Madros przyprawisz tym problemów. Będziesz żył jako zwykły Darus i umrzesz jako zwykły Darus. Zostajesz wydziedziczony. Nie pokazuj mi się więcej na oczy.

– Hah, nie musisz mi tego mówić, ty pierdolony czubku! Ja ci jeszcze pokażę!

Darus otworzył drzwi kopniakiem i wyszedł na zewnątrz z dumnie podniesioną brodą. Kerry dał strażnikom sygnał oczami, na co ci w odpowiedzi podążyli za Darusem. Prawdopodobnie był to ostatni znak jego miłości rodzicielskiej.

     – …Skoro ten idiota już sobie poszedł, możemy wrócić do dyskusji. Bez zwłoki idź powitać księżniczkę Armii Wyzwolenia. Przekaż jej, że wypuścimy wszystkich jeńców. Im szybciej to załatwimy, tym lepsze zrobimy wrażenie.

     – Tak jest!

     – Ale powiedz jej też, że nie możemy uczestniczyć w bitwie o stolicę królestwa. Nie poddamy się do tego stopnia. Jeśli odmówi, powiadom ją, że będziemy stawiać opór. Jeśli Madros wpadnie w łapy Cesarstwa, tylko na tym stracą. Nie ma potrzeby, abyśmy osłabiali się nawzajem.

Jeśli wyślą żołnierzy do stolicy, a Madros pozostanie bez wojska, Armia Cesarstwa przejdzie do ofensywy. Armia Wyzwolenia wolałaby raczej, by ten region nie został zajęty przez Cesarstwo.

     – Zrozumiałem!

     – Koniec narady. Wszyscy wracajcie do swoich obowiązków! – ogłosił Kerry, na co wszyscy obecni w pomieszczeniu oficerowie zasalutowali i ruszyli do wyjścia.

Wciąż siedząc na swoim miejscu, Kerry zapatrzył się w sufit ze znużoną miną na twarzy.

     – Boże, nie przypuszczałem, że przegrają. Gdybyś tylko odniósł zwycięstwo w Kanaan, Yalderze, znowu moglibyśmy się spotkać. Naprawdę masz koszmarnego pecha… - mruknął Krry, z niezadowoleniem cmokając językiem.

„Muszę chronić Madros. Tak jak ty masz swoją niezachwianą dumę, ja mam moje Madros. Nie mogę pozwolić moim ludziom cierpieć z powodu mojego samolubstwa. Wybacz, Yalderze, ale nie mogę iść cię wspomóc.”

     – …Gdybym tylko był odrobinę młodszy.

Kerry siłą woli stłumił własne pragnienia. Armia Wyzwolenia miała przewagę. Nie mógł podejmować ryzyka w takiej sytuacji. Yalder będzie walczył do końca i prawdopodobnie zginie. Takim właśnie był mężczyzną. W jego piersi biło serce wojownika, z dumą poświęci się dla dobra Królestwa.

Kerry z kolei dla dobra Madros zdecydował się pozwolić swoim towarzyszom i przyjaciołom zginąć.


×××

Taktyk Armii Wyzwolenia, Diener, przybył do neutralnego Miasta Arte na umówione spotkanie.

Niezamieszkały dom na obrzeżach bez żadnych oznak życia.

Przebrani agenci zabezpieczyli otoczenie. Na spotkanie wyznaczono takie, a nie inne miejsce, ponieważ obie strony znajdowały się w sytuacji, która zmuszała ich do utajnienia własnej tożsamości.

Obok Dienera stał Vander, jego bezpośredni podwładny. Za swoje dokonania w poprzedniej bitwie został on awansowany na majora. Ten młody mężczyzna, który stąpał pewnie po swojej ścieżce do sukcesu, mógł prawdopodobnie też być nazywany prawą ręką Dienera. Posiadał wiedzę, kontakty, znajomość działania wywiadu, a także znał się na strategii i taktyce. Odbył odpowiednie szkolenie, by móc pracować jako asystent Dienera. Vander sprostał jego oczekiwaniom i osiągał wspaniałe rezultaty.

     – …Wygląda na to, że przybyli.

     – Dobrze. Tylko zachowuj się odpowiednio. To człowiek o innej „pozycji” niż my – mruknął Diener z nutką sarkazmu.

Tylnymi drzwiami weszła osoba ubrana w czarny płaszcz i kaptur zakrywający twarz.

Był to Farzam, premier Królestwa. Aby móc prowadzić negocjacje z Armią Wyzwolenia, która powinna być jego śmiertelnym wrogiem, musiał osobiście przybyć do tego miejsca. Przybył tutaj pod pretekstem obserwacji głównej linii frontu Królestwa.

Za Farzamem stało kilkanaście osób ubranych na czarno. Była to jednostka wywiadu premiera, jego pionki, które w dowolnej chwili wymieniał na nowe.

     – …Premier Królestwa, pan Farzam, zgadza się?

– Zgadza się. Jestem Farzam. Czy właściwą rzeczą będzie zwracanie się do ciebie „panie Dienerze”?

     – Tak. Proszę tak nie stać i usiąść. Nie mogę jednak zapewnić zbyt wielkich luksusów w takim miejscu.

Zaproszony przez Dienera Farzam usiadł na krześle, wciąż zachowując czujność. Wystarczyłoby jedno pstryknięcie palcami, by dać sygnał jego podwładnym do ścięcia Dienerowi głowy.

Wyczuwając wrogość, Vander położył rękę na rękojeści miecza i przygotował się do walki. Na poddaszu czekali ukryci żołnierze. Dwie strony były w końcu śmiertelnymi wrogami, bitwa jak najbardziej mogła zajść miejsce.

     – Swoją drogą, jak się miewa księżniczka Altura?

– …Nigdy bym nie przypuszczał, że usłyszę te słowa z pańskich ust, panie premierze. Czy osobą, która uwięziła jej ojca i doprowadziła do jego śmierci, nie był przypadkiem pan? – zapytał Diener zdziwionym tonem w odpowiedzi na bezwstydną uwagę Farzama.

Premier zrobił urażoną minę i bez przesadnej reakcji zaprzeczył jego słowom:

     – Cóż za nieszczęśliwe nieporozumienie. Ja tylko przeprowadziłem śledztwo. Osobą, która zwątpiła w niego i skazała na wygnanie, był poprzedni król. Ja nic nie zrobiłem. Boli mnie to niesprawiedliwe oskarżenie.

     – Fufufu, tego właśnie można się było spodziewać po premierze Królestwa. Wygadany pan jest, nie ma co. Do śmierci ilu ludzi doprowadził pan, używając tej swojej elokwencji?

     – Ja tylko wiernie wykonuje swoje obowiązki. Nigdy nie dopuściłbym się zdrady. Przysięgam na Gwiazdy. Na świecie nie ma drugiego tak prawego i uczciwego człowieka jak ja – wyłgał się zgrabnie Farzam.

„Jak śmiesz tak kłamać,” chciał wykrzyknąć Diener, ale się powstrzymał. W tego typu sytuacjach małpie pokazy były rzeczą konieczną, Diener musiał wczuć się w rolę.

     – Cóż, zostawmy ten temat. Skoro już się przywitaliśmy i pogłębiliśmy naszą przyjaźń, przejdźmy do sedna.

     – Wygląda na to, że pan Taktyk Armii Wyzwolenia jest doprawdy zajętym człowiekiem. Jak przystało na kogoś, o kim wszędzie się mówi.

     – Haha, to wszystko dzięki panu. Moja praca piętrzy się jak góra, ponieważ ludzie, którzy pierwotnie mieli ją zrobić, nie uczynili tego. Nie mam nawet czasu na spanie. To takie problematyczne.

Z wyraźnie widoczną wrogością wyszczerzyli na siebie nawzajem zęby. Był to pojedynek na słowa.

     – Nie owijajmy w bawełnę. Nie ma potrzeby przeciągać tej rozmowy. Jako reprezentant Królestwa Yuze, chciałbym zaproponować układ dla Książęcej Armii Wyzwolenia.

     – …Och?

     – Jego Wysokość Kristoff pragnie oddać tron księżniczce Alturze, ale dopiero po okresie przejściowym, który trwałby pół roku. Po tym czasie chce, by zostało mu zagwarantowane przejście na emeryturę i spokojne życie na północy kontynentu. Jego wysokość nie życzy sobie dalszej bezsensownej walki.

Farzam wyciągnął i przekazał Dienerowi list z królewską pieczęcią. Oczywiście była ona fałszywa. Nie było mowy, aby król Kristoff zaakceptował taki układ.

Ale Farzam zrobił to specjalnie. Mógł on uratować życie króla, jak i również zachować trochę politycznej władzy. Możliwe, że uda mu się kiedyś odzyskać swój autorytet, jeśli zaczeka na odpowiednią okazję. W końcu dla niego wszystko było możliwe. Farzam był tego absolutnie pewien. Nie potrafił posługiwać się bronią, ale zdołał dotrzeć na sam szczyt dzięki swojemu rozumowi i elokwentnemu językowi.

     – Hmm. Nie mogę jednak tego zaakceptować. Stolica Królestwa już praktycznie znajduje się w naszych rękach. Po tym wszystkim nie ma potrzeby, abyśmy dawali wam pół roku okresu przejściowego. Jedyną opcją, jaka wam pozostała, to bezwarunkowa kapitulacja. To wszystko. Proszę grzeczne oddać nam stolicę i stanąć przed sądem jak mężczyzna, dobrze?

Diener rzucił list na ziemię. Podczas negocjacji nie mógł okazać żadnych słabości. Armia Wyzwolenia posiadała przytłaczającą przewagę. Nie było powodu, by musiał akceptować tego typu głupie warunki.

Dlaczego zatem Diener w ogóle przybył na te bezsensowne negocjacje?

     – Rozumiem. Z pewnością pańska opinia jest poparta argumentami. Ale jeśli nie przyjmiecie tej propozycji, będziemy bronić stolicy do ostatniego żołnierza. Przeleje się ludzka krew, a stolica zostanie zniszczona. Kto na tym skorzysta? Proszę to dobrze przemyśleć.

Rzeczywiście. Problemem była stolica. Był to ostateczny cel ich wyzwoleńczego pochodu, nie mogli jej zniszczyć. Zamienienie stolicy w miejsce decydującej bitwy było okropnym pomysłem. Nie mogli celowo zniszczyć największej metropolii Królestwa, która potem miała stać się ich własnym domem. Co więcej, nie byliby w stanie uniknąć przypadkowych ofiar wśród jej mieszkańców. Byłoby straszne, gdyby ludzie nagle odwrócili się plecami do Armii Wyzwolenia. Walczący w imię „sprawiedliwości” rebelianci nie mogli sobie w tej chwili pozwolić na wyrządzenie jakichkolwiek szkód niewinnym ludziom.

Jeśli ludzie znajdujący się u władzy stracą poparcie ludu, tymi, którzy zyskają na tym najbardziej, będzie prawdopodobnie Cesarstwo i Związek Dolebacki. W szczególności Cesarstwo. Cesarza na pewno zachwyciłoby zdobycie okazji na posadzenie na tronie Królestwa marionetkowego władcy. Pod pretekstem pomocy, najprawdopodobniej wysłałby swoich żołnierzy do stolicy.

     – Uderza pan tam, gdzie najbardziej boli. Ten uniżony Diener źle odczytał intencje pana premiera. Przepraszam za moją nieuprzejmość.

     – Ależ skąd, ja także dbam o mieszkańców Królestwa. Ten uniżony Farzam oddałby życie za Królestwo.

Na twarzy Farzama pojawił się paskudny uśmiech.

     – Dziękuję panu premierowi za te życzliwe słowa. A więc może przystaniemy na kompromis?

     – To właśnie chciałem najbardziej usłyszeć. Proszę bardzo, niech mi pan pozwoli usłyszeć pańską propozycję.

W odpowiedzi Diener zaproponował Farzamowi coś, czego ten w ogóle się nie spodziewał.

     – … My… w następnej kolejności planujemy przejąć Fortecę Curuską oraz Sayeh. Chciałbym, by w międzyczasie pan premier utrzymał ścisłą kontrolę nad oficerami wojskowymi i urzędnikami, a także zorganizował otwarcie bramy, gdy dotrzemy do stolicy.

     – Nie potrafię zrozumieć sensu pana słów. Co ma pan przez to na myśli? Powinniśmy dyskutować o zawarciu pokoju. Czemu miałbym posunąć się do tak skrajnego aktu nielojalności…

Farzam był oszołomiony, nic nie rozumiał. Diener wzruszył ramionami i nagiął fakty, aby go przekonać.

     – To prosta sprawa. Chcę, aby pan premier stał się patriotycznym bohaterem. Jeśli podda pan stolicę bez rozlewu krwi i tym samym ocali pan jej mieszkańców, wszyscy będą pana wychwalać. Jeśli zaś przekona pan króla do abdykacji, bez żadnych wątpliwości pańska sława nie będzie znać granic. Dla tak cenionej osoby musielibyśmy przygotować odpowiednią pozycję.

     – …

Za tymi pięknymi słowami czaiła się zdrada. Diener oczekiwał od niego uziemienia wojska, gdy oni w międzyczasie będą atakowali fortece. Chciał również, by przekonał króla do abdykacji i poddał stolicę, gdy tylko nadejdzie odpowiedni moment. Na deser Diener zasugerował, by zmienił stronę, za co on nagrodzi go posadzeniem na ważnym stanowisku.

     – Księżniczka Altura, która obejmie tron, oraz jej narzeczony, książę Alan, pewnego dnia wydadzą na świat księcia. Będzie on gwiazdą nadziei, na której barkach znajdzie się przyszłość Królestwa. Pan, panie Farzamie, stanie się strażnikiem tego dziecka. Pan, osoba, która spaja ze sobą dobro i zło, z pewnością będzie w stanie poprowadzić go właściwą drogą.

Diener wyjął list z pieczęcią Altury. Teraz wszystko to było pustą obietnicą, ale już wkrótce jego praca wyda owoce.

     – … A ma pan dowód wystarczająco mocny, by dowieść, że dotrzyma pan tej obietnicy?

     – Po pierwsze, przygotowaliśmy dla pana pieniądze do pokrycia wszystkich kosztów. Proszę ich użyć wedle uznania i zadbać, by nie doszło do rozlewu krwi. Ponadto, proszę wziąć to.

Vander otworzył drewniane pudełko, które po brzegi zapełnione było złotymi monetami. Były to pieniądze na ten plan. Diener zaoferował je premierowi. W pudełku znajdowała się jeszcze jedna rzecz. Przedmiot, który mógł być nazywany jego asem.

     – T-To jest…!

     – Tak. Jedna ze świętych relikwii przekazywana w rodzinie królewskiej z pokolenia na pokolenie. Lustro, które tylko członkowie rodu mają prawo trzymać. Zdecydowałem, że będzie to odpowiedni dowód. Chyba jest pan w stanie zrozumieć, że księżniczka Altura jest podobnego zdania co ja?

Królestwo Yuze posiadało dwie święte relikwie. Pierwszą był miecz, który znajdował się w posiadaniu Kristoffa Unimata, a drugą było lustro rodziny Altury Unicafe. Ich wartości nie dało wyrazić się w złocie. Były praktycznie narodowymi skarbami.

Farzamowi zabrakło tchu z wrażenia. To nie była podróbka. Był w stanie to stwierdzić, patrząc na wyryte znaki. Farzam był człowiekiem, który miał kontakt z wieloma przedmiotami wysokiej klasy, więc był doświadczony w ich ocenie.

     – …Rozumiem. Dam z siebie wszystko i postaram się uniknąć niepotrzebnej walki. Dla dobra ludzi.

„Dla dobra ludzi”— te słowa w ogóle do niego nie pasowały. Dla własnego zysku, ile tysięcy, ile dziesiątek tysięcy chłopów zostało przez niego zabitych? Vander ledwo co powstrzymywał się przed rzuceniem się na niego z mieczem tu i teraz. Chwila nieuwagi i pewnie dałby się ponieść.

     – Jestem pod wrażeniem, panie premierze. Cóż za wspaniałomyślna ocena. …Jednakże, proszę pamiętać, że gdy tylko żołnierze Armii Wyzwolenia przekroczą bramę stolicy, ta rozmowa zostanie potraktowana, tak, jakby nigdy nie miała miejsca. Proszę o pańskie zrozumienie.

     – Wiem. Jednak wprowadzenie tego planu w życie zajmie przynajmniej miesiąc.

     – Naturalnie jestem tego świadom. Będziemy przeprowadzać atak w bardzo powolnym tempie. Proszę się nie śpieszyć z przekonaniem wszystkich do właściwych racji.

Negocjacje się zakończyły. Farzam planował opuścić tonący statek dla własnego bezpieczeństwa. Nie miał zamiaru towarzyszyć temu głupcowi Krostoffowi w popełnieniu samobójstwa. Jeśli zdobędzie stanowisko opiekuna, będzie miał wiele okazji na odzyskanie statusu.

Decydując się porzucić obecne Królestwo, Farzam zamierzał użyć swoich wpływów i uziemić urzędników cywilnych i wojskowych. Było to coś, co robił cały czas do tej pory, więc nie będzie miał z tym żadnych kłopotów.

Farzam opuścił budynek. Wewnątrz zostali Diener i Vander, którzy wydawali się kłócić na jakiś temat.

     – Panie Dienerze, dlaczego złożył pan taką obietnicę? I jeszcze na dodatek dał mu pan Lustro, rodzinną pamiątkę księżniczki.

     – To tylko jedno lustro. Później możemy wytworzyć ich tak dużo, jak będziemy chcieli. Jeśli uda się nam zdobyć stolicę za pomocą odrobiny złota i zwykłego lusterka, będzie to istny fenomen. Nazwałbym to dobrą transakcją.

     – Niemniej jednak, zatrudnił pan pasożyta. Ten człowiek jest potworem. To przez niego kraj pogrążył się w ruinie.

     – …Vander, naprawdę myślisz, że ułaskawię tego człowieka? Barbarzyńcę głupszego od bezdomnego kundla? Sprawię, że będzie tańczył jak mu zagram aż do czasu, gdy Królestwo upadnie, a potem…

Diener wymownie przejechał palcem po własnej szyi. Vander odruchowo zadrżał. Diener najpierw zamierzał zrzucić całą winę na króla Kristoffa i premiera Farzama, a następnie zabić ich, zanim ci zdobędą okazję, by powiedzieć cokolwiek w swojej obronie. Pozbędzie się ich natychmiast po tym, gdy już nie będzie miał z nich żadnego pożytku.

To tak, jakby pętla była już na ich szyjach, a ofiary jedynie jeszcze ich nie dostrzegły.

     – …Jest pan przerażającym człowiekiem.

     – Vander, ty też się takim stałeś. Jeden człowiek zbrukany, dziesięciu zabitych, tysiące ocalonych. To najlepsze rozwiązanie. Nie ma potrzeby się wahać. Powinniśmy przejąć inicjatywę.

Zamierzali zbudować Królestwo na nowo i uratować tysiące ludzi. Dla tego celu byli gotowi poświęcić wielu. Co w tym było złego?

Podczas ratowania kraju, Diener zamierzał dokonać swojej zemsty. Oni już kiedyś się go pozbyli. Teraz on chciał, by zakosztowali piekła.

Diener uśmiechnął się w duchu. Przyjął pseudonim „Diener”, objął stanowisko taktyka Armii Wyzwolenia i poprowadził ludzi do zwycięstwa. Używając swoich powiązań w jednostce wywiadu, której wcześniej był częścią, rozerwał sieć informacyjną Farzama i przejął nad nią kontrolę. Premier wykorzystywał swoich agentów do samej śmierci, ani razu nie dają im „marchewki”. Nie było tam nikogo, kto przysiągłby wierność premierowi, więc złamanie ich było bardzo proste.

     – Zaczyna się. Wszystko zaczyna się właśnie teraz. Vander, będziemy iść ramię w ramię. Przeprowadzimy czystkę i zbudujemy Nowe Królestwo. Będziemy jego filarami. Pokażemy ludziom właściwą drogę.

     – Tak jest, jestem do pana dyspozycji.

Diener wstał, ale zaraz po chwili znowu zamarł w miejscu. Przypomniał sobie o pewnym nieprzyjemnym zmartwieniu.

     – …Właśnie sobie przypomniałem. Gdzie uciekła ta cała Shinigami?

     – Zgodnie z raportami zwiadowców, skierowała się do Fortecy Cyruskiej.

     – Rozumiem. Mam wobec niej dług wdzięczności za to, co stało się w Belcie. Dopilnuję, by otrzymała odpowiednią karę za swoje grzechy.

Uśmiechając się okrutnie, wyobraził sobie jak dokonuje egzekucji Shinigami.

     – Jak tylko wrócimy, wyślij żołnierzy do Fortecy Cyruskiej i Sayeh. Wyślij też posłańca z pełnym raportem dla księżniczki Altury. Fortecę Sayeh zdobędziemy siłą, a jeśli chodzi o Fortecę Cyruską…

Diener urwał w połowie zdania i wyszedł na zewnątrz. Vander, zmieszany, pobiegł za nim. Ociężały umysłowo król, premier klaun i dziewczynka nie znająca swojego miejsca. Diener zamierzał zabić ich wszystkich. Jego zdaniem wszyscy, którzy stali na drodze Armii Wyzwolenia, w której stworzenie włożył tyle wysiłku, musieli zginąć. Nie mógł powstrzymać okrutnego uśmiechu, więc zakrył swoje usta dłonią. Chwała znajdowała się tuż przed jego oczami. Była tak blisko, że mógłby ją dosięgnąć, gdyby tylko wyciągnął rękę.


×××

Forteca Cyruska, koszary.

Po ukończeniu pierwszego etapu przygotowań do bitwy, żołnierze pozwolili sobie na chwilę odpoczynku. Katarina siedziała w kącie głośnej stołówki z pędzelkiem w ręku. Była to jej codzienna rutyna. Z początku zaczęła robić to z kaprysu, ale później zmieniło się to w stały punkt jej dziennego grafiku. Jej uczucia, jej przemyślenia, zabawne rzeczy, smutne rzeczy – zapisywała je wszystkie. Słyszała, że ludzie nazywają to pamiętnikiem, ale Katarina tak nie uważała. Po prostu tworzyła dowód swojego istnienia.

Nie bała się śmierci, ale przeraźliwie bała się bycia zapomnianą. Stąd zapisywała dowód swojego istnienia w książce z białymi stronami.

Gdy zginie, ktoś to zobaczy i dowie się, że kiedyś żyła sobie taka osoba, którą zwano Katariną.

W momencie, gdy pomyślała o tym „kimś”, jej czoło się zmarszczyło. Jej serce wypełniła mieszanka miłości i nienawiści.

Zdjęła okulary i siłą woli zdusiła w sobie zalewające jej serce wzburzone emocje. Nekromantka, który wezwała ją z powrotem do tego piekła - jej przyrodnia siostra – oraz jej niewinnie wyglądająca macocha, która była również zabójczynią jej ojca – ta dwójka była dla Katariny wyjątkowa. Właściwą rzeczą było dla niej je nienawidzić, ale równocześnie była im winna wdzięczność.

Wtedy w jej myślach pojawiła się osoba, która stała się dla niej jeszcze wspanialszą egzystencją niż tamte dwie kobiety, jej Pani, Schera, której powinna służyć. Wobec Schery nie żywiła żadnej nienawiści. Była zwyczajnie oczarowana sposobem jej życia. Jeśli Schera miałaby zginąć, miło by było, jeśli mogłaby być wtedy u jej boku. Nie tylko chciała przyglądać się jej życiu, lecz także zobaczyć jak zginie. Czczona jako bohater, przerażająca niczym śmierć – w jaki sposób miała spotkać swój koniec? Czy myślenie o takich rzeczach było przejawem szaleństwa?

Głośno wypuściła powietrze z płuc i spojrzała w górę. Jej oczom ukazała się twarzyczka Schery, dziewczyna wydawała się bardzo zainteresowana tym, co robi Katarina.

Katarina mimowolnie podskoczyła w miejscu. W ogóle jej nie zauważyła.

     – P-P-Pani pułkownik!?

     – Masz w zwyczaju trząść się na krześle w kącie stołówki? A może to jakiś rytuał, który odprawia się przed posiłkiem? To bardzo intrygujące.

     – T-To nie tak. Ja tylko… yyy…

     – Nie przeszkadza mi to. Od ciebie zależy co robisz przed jedzeniem. Co więc właściwie robisz?

     – …Ja… Ja pisałam… pamiętnik.

To nie był pamiętnik, ale gdy przychodziło do wyjaśnień, nie była w stanie odpowiedzieć w żaden inny sposób.

Katarina schowała książkę. Jeśli Schera spytałaby o możliwość zobaczenia jej zawartości, byłoby to złe na wiele sposobów. Dotknęła swoich okularów, próbując udać, że książki od początku tu nie było.

Ale Schera nie drążyła tego głębiej.

     – Rozumiem. Ja sama jestem kiepska w pisaniu pamiętników. Wydaje się to trudne, no i…

     – …No i?

Katarina zachęciła Scherę do dokończenia zdania. Dziewczyna rzadko opowiadała o samej sobie.

     – Nie lubię myśleć o przeszłości. I o przyszłości też. Wolę skupiać się jedynie na teraźniejszości. Albo może jestem w stanie myśleć tylko o teraźniejszości? Hmm. Dlatego właśnie jestem kiepska w pisaniu pamiętników – odpowiedziała Scher, jedząc fasolę, którą dostała od nieżyjącego już Konrada.

Jej mina zdawała się być nieobecna. Katarina nie mogła odczytać z jej twarzy żadnych emocji.

     – …Pani pułkownik, to…

Katarina szukała odpowiednich słów. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć.

     – No cóż, wracam na pole. Skontaktuj się ze mną, jeśli coś się wydarzy.

     – Zro-Zrozumiano!

W odpowiedzi na salut Katarniy Schera pomachała jej ręką na pożegnanie i wyszła ze stołówki.

Chociaż przeszli razem już tak wiele, Katarina nie potrafiła w zupełności zrozumieć Schery. Nie wiedziała, dlaczego Schera walczyła i jak udało się jej zajść tak daleko. Ona sama powiedziała jej kiedyś, że jej powodami było „jedzenie” i „zemsta”.

Ale jak stała się tak silna? Co skłoniło ją do posuwania się tak daleko? Nawet gdyby o to spytała, raczej nie otrzymałaby odpowiedzi, ale mimo wszystko, pewnego dnia chciała się tego dowiedzieć.


×××

     – …Rosną z dnia na dzień. Nigdy nie znudzi mi się patrzenie na nie. Chłopcy powiedzieli mi, że jeśli będę o nie dbać, to zakwitną. Ach, naprawdę nie mogę się tego doczekać.

Jak będą wyglądały ich kwiaty? Słyszała że ziemniaki miały małe, białe kwiatki, ale czy to prawda?

Będąc z wyśmienitym humorze, Schera podlewała ziemniaki.

Z jakiegoś powodu gorączka trawiąca jej ciało wciąż nie spadała. Nudności jej nie opuszczały. Zdawać by się mogło, że coś starało się wydostać z wnętrza jej ciała, tak właśnie się czuła. A największym problemem było to, że nie miała zbytnio apetytu, choć czuła, że jej brzuch jest pusty.

Piła wodę studzienną i jadła fasolę Konrada, ale mimo to, utrata apetytu była dużym problemem. Próbowała pobudzić swój mózg do działania, ale ponieważ nie mogła wpaść na żaden dobry pomysł, zdecydowała zostawić ten problem w spokoju, by rozwiązał się sam. I tak nie była w stanie nic z tym zrobić.

Ponadto była zajęta różnymi rzeczami. Odwiedzanie stajni, doglądanie żołnierzy, patrzenie na pole - była bardzo zadowolona ze swojego życia w fortecy Cyruskiej, jej domu.